Krok drugi – samochód

– Dubai white – powiedziała D. obchodząc samochód dookoła – Nieźle dodała.
– Jak to ‘Dubai’ – zdziwiłam się
– Jest taki odcień, stworzony specjalnie na potrzeby arabskich biznesmenów – zaśmiała się D.
– Zawsze miałam słabość do białych samochodów – odparłam, jak już wsiadłyśmy do środka.

Mam w życiu wielkie szczęście do dwóch rzeczy. Spotykam na swojej drodze doskonałych fotografów i ludzi bardzo mocno powiązanych z fajnymi samochodami.
Pojawiają się w moim życiu niespodziewanie i zawsze robią jakąś rewolucję.

Mieszkając w Chicago, pracowałam jako barmanka w czynnym 24/7, prywatnym klubie weteranów Marines. Było to bardzo obskurne miejsce spotkań wszystkich, ‚krewnych i znajomych’, dla których każda pora była dobra na drinka. Jeden z dwóch barów w Chicago serwujących alkohol po 1 w nocy.

Spotykała się tam niezwykła zbieranina osobowości – barmani, którzy po skończonej pracy też chcieli coś wypić, okoliczni nieudacznicy, biznesmeni z mniej i bardziej szemraną karierą… no i oczywiście każdego typu imigranci ze wschodu.

Któregoś niedzielnego wieczoru bar był pusty. Z impetem wparowała do środka była pracownica. Rosyjska piękność, czarne włosy, gorset, mini, kabaretki i lakierowane kozaki na niebotycznym obcasie, nazwijmy ją Natasza.

Natasza niestety nie miała przed sobą świetlanej kariery barmanki. Lubiła „rosyjską literaturę” do tego stopnia, że doprowadziłaby do ruiny każdego, kto by ją zatrudnił. Właściciele barów zdecydowanie preferowali Natasze gościć po klienckiej stronie baru.

Natasza weszła, usiadła przy barze, rzuciła torebkę i kluczyki na blacie, obok położyła głowę i zalewając się łzami, wymruczała „Nalej mi shota”. Powiało chłodem a jej ciężki, rosyjski akcent nie pozwolił mi na żadne negocjacje. Stolichnaya raz.

Jak na porządną barmankę przystało, po drugim szocie zapytałam o co chodzi. Nawiązywanie jakiejkolwiek konwersacji wcześniej nie miało zupełnie sensu.
Natasza podniosła głowę, wlała w siebie trzeci szot wódki i jednym tchem wyrzuciła z siebie – Bo musze jechać na Florydę! Na miesiąc albo dwa! Pracować mi każe ten mój szef, tam na Florydzie.

(Zwariował! pomyślałam, szef co każe pracować…! Niebywałe!)

Wszyscy o zdrowych zmysłach zaczynają się teraz zastanawiać, jak duży może być to problem, żeby (nie mając innych zobowiązań) przez klika miesięcy pożyć sobie w ciepełku, słońcu i jeszcze zarabiać pieniądze. Jak dla mnie – spełnienie marzeń, żyć nie umierać, jednorożce.

– Ale czemu to problem, Natasza, Floryda jest piękna na jesieni – wyparowałam
– Bo nie mam co zrobić z samochodem! A dopiero kupiłam! Nowiutki! A w środy czyszczą ulice, a ja nie mam gdzie zaparkować tego samochodu, tylko na ulicy i mi go wywiozą na miejski parking i zbankrutuje! – powiedziała jednym tchem i zaczęła na nowo zalewać się łzami.

Moje myśli nie pędziły. Moje myśli galopowały. Gnały jak szalone, żeby zanim na rosyjski dramat spadnie kurtyna, rozegrać swoją rolę właściwie.

Nie mogłam zabrzmieć chciwie, ani za bardzo przyjacielsko. Światełko w tunelu, które przede mną zaświtało pokazywało wolność od znienawidzonej komunikacji miejskiej, koniec dźwigania zakupów i oczywiście lans wśród znajomych. Jeszcze nie wiedziałam czym Nataszka jeździ. Ale cokolwiek to było, dwa kolejne szoty Stolicznej miały mnie do tego przybliżyć.

Powoli nalewając wódkę do kieliszków, zapytałam, czy może ja mogłabym zając się tym samochodem, przecież mamy miejsce parkingowe w domu…

Natasza podniosła głowę, wypiła wódkę, zupełnie zmieniła wyraz twarzy.
– Mogłabyś? A jeździć Ty potrafisz?
– Pewnie, prawko robiłam w Chicago, jeszcze nie miałam żadnego mandatu – trzymaj obojętność, powtarzałam sobie w głowie
– Wiesz, jakbyś potrzebowała, to możesz sobie gdzieś pojechać, do pracy, czy do centrum… tylko z parkowaniem trudno, bo to duże auto.

Rzuciłam okiem na leżące na barze kluczyki… Czyżby mój ukochany? Myśli przegalopowały do serca, które nagle zaczęło się z nimi ścigać.

– A czym Ty jeździsz, Natasza? – zapytałam niby od niechcenia
– No Dodge’a Chargera kupiłam w zeszłym miesiącu.
– A kolor?
– No biały.

Nalałam sobie drugi kieliszek Stolicznej.

Jakiś czas później, kiedy po godzinie prób udało mi się wreszcie zaparkować, moje myśli galopowały na nowo, czułam wolność.

Przekręciłam kluczyk w stacyjce. Zamruczał jak kot podrapany za uchem.

Nazwałam go Dubai.

Tekst: Aleksandra Nawrocka

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here