KATOWNIA 2012 – relacja z rajdu

0

9-11 listopada, okolice Ostrowca Świętokrzyskiego. 26 załóg rywalizujących ze sobą w dwóch kategoriach. Trzy odcinki szybkościowe i pięć sprawnościowych wiodących malowniczą doliną lessowych wąwozów, błotnistymi terenami Smykowa i rzeką Kamienną.

Pierwszy organizowany przez Klub Miłośników Samochodów Terenowych K.A.T rajd terenowy czas zacząć…

dsc 3889

Fot. Załogi na start – odprawa przed wyjazdem

Poziom wyścigu dość zróżnicowany, auta mimo że podzielone na tylko dwie kategorie: turystyk i turystyk wyczyn także sporo się różniły. Można było zobaczyd tak Polarisa RZR jak i całą masę Samurai, Patroli i Suzuki, wyprawowego Mercedesa G oraz inne bardziej i mniej zmodyfikowane auta. Niektórzy przyjechali jakby na wycieczkę, inni z ogromnym zaangażowaniem pokonywali trasę, jedno jest pewne, panowała luźna i przyjemna atmosfera.

dsc 3889

Fot. Załoga Suzuki, która wygrała piątkowy prolog tutaj podczas sprawdzania trasy pierwszego OS-u
Fot. Jedyna kobieta na wyścigu, tym razem startowała jako pilot

Za kierownicą można było także zobaczyć medalistów olimpijskich z Londynu: Zofię Klepacką oraz Przemysława Miarczyńskiego, który wystartował podczas sobotniego OS-u w żwirowni.

Honorowy patronat nad imprezą objął Poseł RP Zbigniew Pacelt, wicemarszałek woj. Świętokrzyskiego Grzegorz Świercz, starosta ostrowiecki Zbigniew Kałamaga oraz burmistrz miasta i gminy Ćmielów Jan Kuśmierz. Panowie zgodnie potwierdzili, że za rok spotkamy się ponownie.

Fot. Przemysław Miarczyński w mercedesie G klasy

Rajd nie należał do najtrudniejszych, był jednak wymagający i absorbujący szczególnie dla pilotów, którzy mieli pełne ręce roboty. Biegali z linami, pasami i zbloczami a samochody zwisały raz za przód, raz za tył . Załogi większości aut współpracowały ściśle i wcale nie przypominało to wyścigu przynajmniej w otoczeniu 3 do przody i 3 aut w tył. Zaczepiony raz pas służył co najmniej kilku załogom. Bywały momenty kiedy wszyscy łapali za łopaty i modernizowali trasę według własnych potrzeb wykopując lub zakopując doły misternie tworzone przez organizatorów parę dni wcześniej.

Pierwszy odcinek sprawnościowy spowodował… wielki korek. Tereny „Wąwozu złamanych serc” nie okazały się gościnne. Szczęście mieli więc ci, którzy ruszyli na trasę jako pierwsi, przynajmniej nie nudzili się tak jak ich koledzy, którzy stali w długim ogonku oczekujących. Podjazdy zajmowały sporo czasu, niektórym nawet jeszcze więcej. Tymczasem klasa turystyczna sunęła górą kanionu przyglądając się stojącym w wielkiej dziurze kolegom.

Dalej prowadzono nas po asfalcie, potem prosto w błoto. Nie było ciężko, brudno za to jak to zwykle w bagnie. Piloci dalej mieli co robid, wyciągarki także ale z całą pewnością było to do przejechania bez większych problemów. Nasza załoga wyjechała z kanionu jako jedna z pierwszych, nie miała więc problemów z rozjeżdżoną, skopaną przez innych trasą.

Organizatorzy nie poprzestali tylko na sprawdzeniu załóg w terenie. Aby wygrad wyścig trzeba było wykazad się umiejętnością mierzenia do celu ze skutkiem pozytywnym czyli strzelania z wiatrówki oraz udzielania pierwszej pomocy. Tutaj załogi radziły sobie różnie. Dla wielu kontakt z ofiarą wypadku, mimo że wszystko było pozorowane wywołał dezorientację. Jednym z najczęściej popełnianych błędów było niezamykanie samochodów, niewystawianie trójkąta ostrzegawczego, wybieganie bez apteczki oraz brak rękawiczek przy kontakcie z rannym.

Po późnym obiedzie lub jak kto woli wczesnej kolacji, kiedy zapadł już zmierzch zaczęła się zabawa w kotka i myszkę lub małego szpiega jak kto woli. Włączone wszystkie światła, piloci (nim ich więcej tym lepiej) z latarkami pacyfikujący teren na piechotę, szukający na drzewach pieczątek. Skooczyła się praca zespołowa. Pojawiła się nutka rywalizacji. Wraz z zachodzącym słoocem kooczył się też czas. Nie było widad dokładnie kto jest kim, skooczyła się wzajemna pomoc, zaczął wyścig i obserwacja przeciwników.

Ostatnim punktem programu była przeprawa przez rzekę Kamienną. Jedni zawiśli, inni wbijali się zderzakami pionowo w dno koryta a jeszcze następnym szło naprawdę gładko. Ten odcinek wymagał odwagi i zaufania do kierowcy, ryzykiem było dachowanie w wodzie. Po chwili strachu, kiedy wydawało się ,że to koniec do zrobieni była jeszcze jedna pieczątka zawieszona na stromym zboczu rzeki. Potem powrót do wody i wyjazd wprost na lokalnych gapiów, którzy z zainteresowaniem obserwowali z komentarzem „a jednak się da”. W wielu głowach dokonał się wtedy przełom i za rok będziemy myślę jeździd zamiast po dnie Kamiennej to po dachach zatopionych tu Fordów, starych Audi czy innych samochodach kierowców, którzy na chwilę poczuli się off-roadowcami w swoich sedanach.

Ciekawą osobowością był nasz lokalny przewodnik, którego zabraliśmy na pokład po pokonaniu rzeki. Twierdził, że zna dobrze teren. Długo usiłowaliśmy zrozumieć jego bełkot bo ciężko się wyartykułować mając wciąż przytkniętą do ust butelkę piwa. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, prawie uwierzyliśmy, że wejście w leśny zakręt przy prędkości 100 km/h motocyklem jest możliwe. Przekonywał nas długo argumentując obrazowo. Udało nam się poznać lokalną kulturę, zainteresowania i sposób spędzania czasu tutejszej społeczności ;), Nasz nowy przewodnik był prawdziwą skarbnicą wiedzy. Znał każde drzewo, zaangażowany, szybki i zwinny z wielką radością pomagał. Biegał po terenie jak kozica i zabawiał rozmową.

Po 10 godzinach trasa została wykonana, byli jednak tacy, którym zeszło się dłużej ale i ci, którym udało się to zrobić dużo szybciej.

Niezależnie od wyniku nikt nie został bez nagrody. W klasie turystycznej miejsca od ostatniego, piątego zajęli : Stanisław Kajdy i Hubert Dziankok w Land Roverze, Paweł Wielguś i Mateusz Nędzi w Rockym, Łukasz Werner i Marcin Werner w Suzuki, Tomasz Szloser i Antoni Szloser w Patrolu i na miejscu pierwszym Paweł Gawryszczak i Norbert Gawryszcza także w Patrolu.

Fot. Najmłodszy uczestnik rajdu Szczepan Wesołowski, organizatorzy i władze gminy oraz Przemysław Miarczyński
Fot. I miejsce w klasie TW

Klasa Turystyk wyczyn, także od miejsca piątego: Robert Rożek i Marcin Mróz w Suzuki, Mariusz Miękoś i Tomasz Budaj w Suzuki, Damian Lichota i Grzegorz Wieczorek we Wranglerze, Piotr Otko i Filip Lichota w Polarisie oraz Tomasz Szponar i Szczepan Wesołowski, którzy wygrali jadąc Samurajem.

Organizatorzy przyznali także nagrodę fair play, wyróżnili jedyną kobietę rajdu oraz najmłodszego uczestnika. Wszystkie załogi dostały okolicznościowe podarunki.

Z całą pewnością nie był to nadęty rajd, gdzie chodziło jedynie o zwycięstwo. Panowała luźna atmosfera, odczuwalne było jedynie delikatne współzawodnictwo ale nie odmawiano sobie pomocy. Piloci współpracowali, załogi pomagały sobie wzajemnie przy drobnych naprawach, momentami było piknikowo, czasami rodzinnie. Sądzę, że wszyscy bawili się dobrze bo o zabawę przecież chodziło ale nie tylko. Nie zapominajmy, że organizatorzy obiecali przeznaczyć część dochodów na leczenie chorej na mukowiscydozę Zuzi Bobińskiej, na której rzecz zlicytowała swój medal olimpijski Zofia Klepacka. Szkoda tylko, że tak nieliczna była damska reprezentacja, chociaż czego dowiedziałam się nieoficjalnie, wkrótce ma się to zmienić. Czekamy więc na następne wyścigi i kolejne imprezy oraz trzymamy kciuki za nasze autopolki!

Fot: Przygotowała i opisała Kasia Kwiecińska, ze specjalnymi podziękowaniami dla załóg: 217 i 205 za pomoc i wielką cierpliwość

Tekst: Katarzyna Kwiecińska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here